|
To moje
powołanie
Kilka tygodni temu młoda dziewczyna z Ostrołęki wróciła z Togo -
niewielkiego, ubogiego kraju położonego w północno-zachodniej Afryce.
Przez miesiąc była tam wolontariuszką na misji katolickiej prowadzonej
przez siostry kanosjanki. Jolanta Bałazy od trzech lat pracuje i
studiuje psychologię w Warszawie.
Zanim spotkałem się z Tobą, musiałem sprawdzić na mapie, gdzie leży
Togo. Jak to się stało, że znalazłaś się w tak odległym i tak mało
znanym kraju?
Od dawna miałam wielkie pragnienie, aby wyjechać na misje. Przed
trzema laty przyjechałam na studia do Warszawy i zaczęłam szukać
możliwości takiego wyjazdu. Myślałam jednak, że wyjadę dopiero po
skończeniu nauki. Wraz z kolegą, który ma podobne pragnienia,
postanowiliśmy czas studiów poświęcić na przygotowanie się do tego
wyjazdu, aby potem nie tracić już czasu.
Skąd wzięło się pragnienie wyjazdu na misje?
Wydaje mi się, że włożył je w moje serce Pan Bóg. To On powołuje i
daje siły, żeby na to powołanie odpowiadać. On też daje łaskę, by je
realizować.
Pragnienie wyjazdu na misje nie przyszło nagle, ono dojrzewało we mnie
między innymi poprzez pracę jako wolontariusz tu, w Polsce. Obecnie
jestem wolontariuszką w ośrodku pomocy społecznej w Warszawie.
Opiekuję się starszą panią, częściowo sparaliżowaną.
Wróćmy jednak do momentu, kiedy zaczęłaś szukać możliwości wyjazdu
na misje.
Ludziom świeckim z Polski jest dość trudno wyjechać na misje, choć w
ostatnim czasie Kościół i jego organizacje bardziej otwierają się na
takie osoby. Poszukiwania zaczęłam od Centrum Formacji Misyjnej, która
wysyła misjonarzy na misje. Tam jednak przyjmują najwyżej jedną osobę
świecką rocznie. To wynika z tego, że z wyjazdem takiej osoby
świeckiej związane są dużo wyższe koszty.
W Centrum dano mi adres sióstr kanosjanek w Tarnowie, które są w
Polsce dopiero od 10 lat i tworzą zaczątki wolontariatu. Poszukują
ludzi chcących pomagać na misjach w różnych krajach.
Przez rok jeździłam do Tarnowa przygotowywać się do wyjazdu.
Początkowo było sporo takich osób jak ja, ale pozostała garstka.
Mieliśmy jechać do Albanii. Wszystko praktycznie było już
przygotowane, kiedy przyszła opiekująca się nami siostra Amelia i
powiedziała, że część osób (w tym ja) może jechać na miesiąc do Togo w
Afryce. Afryka zawsze była moim pragnieniem, więc odpowiedź mogła być
tylko jedna. Pojechaliśmy we troje: ja, Basia - katechetka z
Częstochowy i Wojtek - student ze Szczuczyna.
Potem wszystko poszło już gładko?
No nie. Przyszła szara rzeczywistość. Naszą rzeczą było zebrać
fundusze potrzebne na wyjazd, a także pieniądze dla Afryki. Sam bilet
lotniczy w obie strony kosztował 3100 zł. Początkowo wydawało się, że
to się nam nie uda, ale opatrzność Boża tak tym pokierowała, że
ostatecznie zebraliśmy tyle, że w Afryce pozostawiliśmy jeszcze sporą
sumę. Podróż sponsorowało nam Przedsiębiorstwo Państwowe "Porty
Lotnicze". W parafii w Rząśniku k. Wyszkowa zebraliśmy po niedzielnych
mszach do puszek ponad 2000 zł. Były również inne pomysły, np. daliśmy
znajomym skarbonki, do których codziennie wkładali pewną kwotę
pieniędzy. Skarbonki daliśmy też wspólnocie Odnowy w Duchu Świętym w
Wyszkowie. Przed wyjazdem musieliśmy jeszcze za własne pieniądze
wykonać całą serię szczepień.
Jakie było Twoje pierwsze wrażenie z Afryki?
Pierwszym zaskoczeniem było zachmurzone niebo. Dość długo czekaliśmy
na wizy, bo w Polsce nie ma ambasady Togo. Zaskoczona byłam, że w
pobliżu lotniska młodzi chłopcy dają przyjezdnym karteczki ze swoimi
adresami. Liczą, że obcokrajowiec umożliwi im wyjazd za granicę, tam,
gdzie ludzie żyją lepiej.
Togo jest bardzo biednym krajem. Biegnie przez nie jedna asfaltowa
droga, pozostałe są gruntowe o nawierzchni w kolorze czerwonym. Wzdłuż
tych dróg stoją gromady tubylców, przeważnie kobiety i dzieci,
sprzedające orzeszki, kukurydzę, wodę. Gdy ściemnia się, zapalają
świeczki.
Po przyjedzie na miejsce okazało się, że będziemy mieszkać w domu
wolontariusza, w bardzo dobrych europejskich warunkach. Spaliśmy na
łóżkach, mogliśmy korzystać z prysznica. Elektryczność mieliśmy z
baterii słonecznej. Przez cały miesiąc nie oglądaliśmy jednak
telewizji i nie słuchaliśmy radia.
Byliście sami?
Nie, czekały na nas trzy wolontariuszki: Ewa z Polski i Stefania z
Włoch oraz Digi z Filipin. Weszliśmy w skład tej wspólnoty. Chcę
powiedzieć, że doświadczenie międzynarodowej wspólnoty było wprost
cudowne; razem pracowaliśmy, razem bawiliśmy się. We wspólnocie
pokonuje się mur własnego świata i otwiera się na innych. Nie sposób
opisać radości, która wypełnia wtedy serce.
Jak porozumiewaliście się ze sobą?
Przeważnie po francusku, który jest urzędowym językiem w Togo. Z
tubylcami lepiej było rozmawiać w ich języku zwanym ewe. Francuski
znają tylko ci, którzy chodzili lub chodzą do szkoły, a takich w Togo
nie ma aż tak wielu. Obowiązku uczęszczania do szkoły nie ma, a każda
szkoła jest płatna. Jednak mimo bariery językowej wspólnie
dokonywaliśmy wspaniałych rzeczy.
|