|
Wolontariusze na misjach
Nasza siódemka

Mija właśnie miesiąc od mojego powrotu z Afryki. Z siedmioosobową
grupką młodych ludzi wraz z siostrami kanosjankami pracowałam jako
wolontariusz na misji w Togo. Nasza siódemka pochodziła z różnych
stron świata - było troje Włochów, dwie Filipinki i Anglik. Każdy z
nas przed wyjazdem na misje przeszedł kilkumiesięczną formację w
Rzymie: tu uczyliśmy się podstaw języka (w naszym przypadku był to
język francuski), uczyliśmy się życia wspólnotowego i poznawaliśmy
kulturę afrykańską. Siostry Kanosjanki posiadają misje w różnych
częściach świata i tam wyjeżdżają wolontariusze, aby pracować z nimi
przez miesiąc, przez rok lub nawet dwa lata. Mimo że czasem nie było
łatwo - nam, młodym wolontariuszom - udało się spędzić na misjach 12
miesięcy. Opuściliśmy nasze rodziny, przyjaciół, porzuciliśmy naszą
pracę i wyruszyliśmy tam, gdzie brakuje miłości i zrozumienia. Co nas
pociągnęło, by pojechać tam, gdzie tylu ludzi umiera z głodu i
choroby? Dla mnie było to po prostu pragnienie pomocy drugiemu i
niesienia nadziei tam, gdzie jej brak ...
Na misji
Nasza misja znajdowała się ok. 20 km od stolicy. Zewsząd otoczona była
mnóstwem małych afrykańskich wiosek - do nich prowadziło wiele krętych
i piaszczystych ścieżek. Teren był tak płaski, że wzrokiem sięgało się
aż po krańce horyzontu; brakowało wyróżniających się wzniesień czy
charakterystycznych punktów, którymi można byłoby się kierować podczas
wędrówki. Kiedy wchodziło się do wioski, widać było kilka domów
zbudowanych z gliny lub cegły, pokrytych słomą lub kawałkami blachy.
Dom to zwykle dwa małe pomieszczenia, w sumie o powierzchni ok. 20-25
m2, z reguły bez okien. W środku nie ma ani kuchni, ani pokoju
gościnnego, ani bawialni, ani też łazienki. Dom służy właściwie do
nocowania - na podłodze rozłożone są maty i materace do przykrycia i
ochrony przed atakującymi nocą owadami, pojawiającymi się tuż po
zachodzie słońca. NajgroĽniejsze z nich to komary, które są nośnikami
malarii - choroby tak w Afryce powszechnej, jak w Polsce grypa. Przed
malarią nie ma skutecznego zabezpieczenia, a jeśli w porę nie
rozpocznie się leczenia, może być ona przyczyną śmierci. Często jej
ofiarami są także biali misjonarze.
Dzień w Afryce
Wielu
pyta, jak wygląda zwykły dzień w Afryce. Tutaj dzień podobny jest
jeden do drugiego. Słońce zawsze wschodzi przed 6.00. i zachodzi po
18.00. Każda matka z samego rana idzie na swoje poletko, aby szukać
pożywienia dla rodziny. Potem wraca do wioski i na palenisku przed
domem przygotowuje symboliczny posiłek, który dzieci jedzą z jednej
misy rękami. Takimi potrawami są najczęściej smażona lub gotowana
kukurydza, liniam, maniok czy też inny specjał Afryki. Najmniejsze
kilkumiesięczne dzieci zawsze przywiązane są do pleców swoich mam lub
starszych sióstr i towarzyszą im we wszystkich pracach domowych.
Starsze dzieci - a jest ich w każdej wiosce bardzo wiele - biegają po
podwórku nago lub w podziurawionych spodenkach czy rozdartych
podkoszulkach i zawsze są roześmiane i gotowe do zabawy. Częstym
obrazkiem są maluchy z ogromnymi brzuszkami, i te ogromne brzuszki
wcale nie są oznaką sytości, a wręcz przeciwnie - to głód i wewnętrzne
infekcje, bakterie, które biorą się np. z brudnej wody czy brudnych
owoców. Tu głód jest czymś bardzo pospolitym, często je się tu tylko
raz dziennie. |