ŚWIADECTWA:


 

Kanosjańscy wolontariusze na Białorusi


Pod koniec czerwca 2004 roku, upłyną już dwa lata odkąd dwunastoosobową grupą wolontariuszy udaliśmy się na Białoruś, aby dać z siebie to co najlepsze i podzielić się z ludźmi otwartymi sercami. Nasza wspólnota składała się z dwóch sióstr - s. Amelii, która czuwała nad całością, s. Julii oraz Pawła, Ani, Kornelii, Ilony, Jacka, Brygidy, Bogusi, Moniki, Joli i mnie. Przed wyjazdem czekało nas dużo pracy, gdyż organizowaliśmy zbiórki odzieży, żywności oraz zabawek, które należało posegregować, a później załadować do dwóch mikrobusów, którymi ruszyliśmy w drogę. Miejscem docelowym była Orsza, miasto leżące na północno-wschodnich krańcach Białorusi. Tam czekał na nas przebywający w tamtejszej parafii - ks. Janusz Prusinowski, któremu wiele zawdzięczamy.
Celem naszego wyjazdu było zorganizowanie grestu, czyli zajęć i zabaw dla dzieci i młodzieży w dwóch okolicznych wioskach. W jednej, oddalonej o dwanaście kilometrów od Orszy, pracowała sześcioosobowa grupka z siostrą Amelią na czele, w drugiej zaś, znajdującej się sześć kilometrów od miejsca naszego zamieszkania, grupa pod przewodnictwem s. Julii, do której należałam.
Nasza praca choć momentami wyczerpująca, przynosiła nam wiele radości. Nie zważaliśmy na to, że codziennie, aby dotrzeć do dzieci, pokonywaliśmy pieszo drogę do wioski. Staraliśmy się zaciekawić naszych podopiecznych zabawami, grami oraz różnymi formami zajęć plastycznych. Podczas dwutygodniowego grestu wykorzystywaliśmy sprzęt sportowy i różne materiały przywiezione z Polski, począwszy od kredek, plasteliny a skończywszy na grach, skakankach i piłkach. Zwykle przychodziło prawie 40-oro dzieci, z którymi bawiliśmy się, na świeżym powietrzu, w przetłumaczone na język rosyjski - polskie zabawy jak np. "stary niedźwiedź", "chodzi lisek koło drogi", czy "gąski, gąski do domu". Chłopcy zaś często, grali z Pawłem w piłkę nożną. Największą jednak furorę zrobiła przywieziona przez nas chusta.

Z ogromną radością i poczuciem spełnienia patrzyłam na roześmiane twarze dzieci. Każdy z nas starał się nawiązywać jak najlepszy kontakt z podopiecznymi. Dużo rozmawialiśmy, a dzieci często pytały nas jak jest w Polsce? Widząc tamtejszą sytuację, nie zawsze wiedziałam co powiedzieć. Białoruś jest krajem dużych kontrastów między miastem a wsią, wypełnionym biedą. Ogarnięty przez komunizm kraj czasem porównuje się do Polski sprzed kilkudziesięciu lat. Sklepy są słabo zaopatrzone. W domach bardzo często nie ma wody, którą ludzie czerpią z hydrantów lub studni. My mieszkaliśmy w starym, niezamieszkałym domu, który udostępniła nam jedna z parafianek. Żyjąc w skromnych warunkach uczyliśmy się pokory. Ważne też były doświadczenia wyniesione z obcowania we wspólnocie. Dzieliliśmy się radościami i smutkami, wspieraliśmy. Istotna była również formacja. Co dzień byliśmy na Mszy Świętej, a wieczorami ustalaliśmy program do zrealizowania następnego dnia.


W wiosce, w której pracowałam panowała straszna bieda. W większości, ludność utrzymywała się z rolnictwa. Nasza praca była tym pożyteczniejsza, że opiekując i bawiąc się z dziećmi mogliśmy pomóc ich rodzicom, którzy w tym czasie mogli odetchnąć, udręczeni ciężką pracą. Nigdy nie zapomnę kobiet, które nie mając wiele, witały nas co dzień na piaszczystej drodze, ofiarowując nam w podzięce choćby garść agrestu czy porzeczek. Cieszyły się, że ich dzieci będą pod nasza opieką, podczas gdy one sprowadzają krowy z pastwiska i zajmują się gospodarstwem. Dzięki temu nauczyłam się jak dostrzegać jak wiele mam, cieszyć się z tego i szanować. Pod koniec naszego pobytu, gdy byliśmy już zorientowani w sytuacji panującej w wiosce, rozpoczęliśmy dzielenie przywiezionych ubrań, obuwia oraz zabawek. Ostatniego zaś dnia zorganizowaliśmy dla wszystkich agappe. Pieczonym kiełbaskom i słodyczom, którymi częstowaliśmy, towarzyszyła prezentacja tego co zrobiły i nauczyły się dzieci oraz wesoła zabawa i śpiewy przy gitarze.


To były najszczęśliwsze dni w moim życiu. Czułam, że jestem na swoim miejscu, a to co robiłam dawało mi wielką radość. Na Białorusi zrozumiałam, że najwięcej szczęścia niesie czynienie dobra, a spełnienie to ofiarowanie się dla drugiego człowieka i oddanie mu siebie.

Dominika Głowacka