|
Ostatni rok spędziłam jako wolontariusz, pracując w Malawi, niewielkim
kraju położonym w południowo-wschodniej Afryce. Bycie z ludźmi
dotkniętymi przez los przyniosło coś więcej niż satysfakcję z
udzielanej im pomocy. To ja stałam się ich beneficjentem.
Malawi zajmuje powierzchnię trzy razy mniejszą od Polski. Zamieszkuje
ją ok. 11 mln ludzi, pochodzących z różnych plemion, kultur i religii.
Mimo, że językiem urzędowym jest Chichewa i angielski, to wiele ludzi
nie zna angielskiego, i można spotkać staruszków porozumiewającym się
jedynie w ich tradycyjnym języku plemiennym, jak Chiyao czy Chilomwe.
Jest to jeden z najbiedniejszych krajów świata, większość ludzi żyje
na granicy nędzy, widać ogromne opóźnienia cywilizacyjne, których nie
sposób złagodzić w najbliższych dziesięcioleciach. Od kilku lat kraj
nawiedzany jest przez katastrofalne susze, które powodują nieurodzaj i
brak plonów, a co się z tym wiąże - klęskę głodową. Rodziny są tam
bardzo liczne i nierzadko ojciec z matką nie są w stanie zadbać, by
dziecko poszło do szkoły, nie wspominając o zakupie podstawowych
przyborów do nauki.
Przed przyjazdem do Afryki trafiłam do Rzymu, gdzie mieści się centrum
naszej organizacji przy Zgromadzeniu Sióstr Kanosjanek. Przygotowanie
do wyjazdu trwało 3 miesiące, m.in. uczymy się tam potrzebnych
języków, poznajemy charyzmat zgromadzenia i żyjemy we wspólnocie z
innymi wolontariuszami.
Wraz z wolontariuszką ze Stanów Zjednoczonych prowadziłam zajęcia z
dziećmi ze szkoły podstawowej. Spotykaliśmy się zwykle popołudniami z
grupą ok. 30 dzieci w wieku od 9 do 16 lat, uczęszczających do V-VII
klasy podstawówki. Były to nieformalne zajęcia, które zaczęła
prowadzić jedna z sióstr kilka lat temu. Mieliśmy z nimi zajęcia z
matematyki, angielskiego, dużo zajęć plastycznych i inne "manualne",
do których z reguły wykorzystywałyśmy wszystko, co było pod ręką,
czyli suszone rośliny, glinę, kartony, papiery, itp. Niektóre z dzieci
przejawiały duży talent plastyczny i świetnie radziły sobie zarówno z
kopiowaniem, jak i miały własne, oryginalne pomysły. Na kilka tygodni
przed egzaminami końcowymi w szkole odbywały się powtórki z wszystkich
przedmiotów egzaminacyjnych, jak nauki społeczne, rolnictwo i
biologia. System edukacji w Malawi mocno kuleje, przede wszystkim
dlatego, iż nie ma odpowiednich warunków do nauki w szkołach, a
nauczyciele niejednokrotnie nie są odpowiednio przygotowani. Po drugie
egzaminy, które mają dzieci na koniec każdego roku są na dużo wyższym
poziomie niż nauka w szkole, wobec czego ok. 70 procent tych egzaminów
nie zdaje i zostaje w ten samej klasie kolejny rok. Testy są w języku
angielskim, a zdarza się, że dziecko VI klasy szkoły podstawowej zna
nie jest w stanie zrozumieć pytań egzaminacyjnych, które być może
poradziłoby sobie w ich języku Chichewa. Zdarzało się, że 15-latkowie
wciąż "tkwili" w V klasie podstawówki, i niekiedy nie poradzili sobie
z ukończeniem szkoły.
Mimo, że zajęcia w naszej "szkole" nie miały charakteru formalnego,
starałyśmy się je prowadzić z całą odpowiedzialnością i
przygotowaniem. A zaliczenie egzaminów końcowych przez nasze dzieci po
prawie roku nauki było dla nas najlepszym prezentem, jaki mogły nam
sprawić. |